Wilk na przesłuchaniu Autoklubu cz.1
Magdalena Wilk, która w minionym sezonie wywalczyła trzecie miejsce w Clio Cup Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski, pojawiła się na przesłuchaniu portalu Autoklub.pl i opowiedziała o swojej motorsportowej przygodzie oraz o kobietach w rajdówkach i wyścigówkach.
Zapraszamy do lektury.- Kobiety w motorsporcie to coraz częstszy widok, ale czy gdy Ty zaczynałaś swoją przygodę z motoryzacją to łatwo było przebić się przez męskie grono?MW: - Faktycznie obecnie startuje coraz więcej kobiet. Gdy zaczynałam jeździć w imprezach amatorskich to byłam sama, czasami zdarzało się, że startowała jeszcze jedna zawodniczka. Aczkolwiek w wyścigowym Pucharze Kia Picanto był sezon, gdzie startowałyśmy w siódemkę, a to już naprawdę sporo! Nadal jednak mamy mało kobiet w motorsporcie. Nadal zdarza się, że na imprezach rangi Mistrzostw Polski jesteśmy we dwie lub trzy, ale były też weekendy, gdzie byłam sama. Nadal ciężko jest przebić się przez męskie grono, choć zależy też co mamy na myśli. Z pewnością fakt, że jestem kobietą wyróżnia mnie, ale niektóre zawodniczki nie radzą sobie z tym, ponieważ są oceniane tylko przez pryzmat płci. Moim zdaniem najważniejsze są wyniki, a płeć może jedynie pomóc i należy z tego korzystać. To dodatkowy atut. Poza tym to nie my rozdmuchujemy temat "wojny płci". Robią to głównie mężczyźni. Wydaje mi się, że m.in. w tym sezonie obroniłam się wynikami, więc może też nie przywiązuję do tego tak wielkiej uwagi.- Myślisz, że teraz młodym zawodniczkom jest łatwiej?MW: - Ciężko powiedzieć. Z pewnością bardzo dużo zależy od wsparcia z zewnątrz, głównie rodzin. Nie oszukujmy się, ale stan konta młodej zawodniczki jest równy zeru. Starsi kierowcy jeżdżą głównie za swoje. Bardzo rzadko zdarza się, by ktoś z zewnątrz zainwestował w młodego zawodnika, który później może przynosić profity firmie. Prędzej wykłada się finanse na kogoś kto ma już wyrobione nazwisko. Szkoda... Inną kwestią jest sprawa promocji. Młodzi zawodnicy częściej wykorzystują social media, które obecnie są bardzo mocno rozwinięte. Można wykorzystać wszystkie kanały, by dotrzeć do partnerów i potencjalnych odbiorców.- Swoją profesjonalną karierę rozpoczynałaś na torze za kierownicą pucharowej Kii. Najlepszy rezultat uzyskałaś w ostatnim sezonie startów. To była dobra szkoła wyścigów dla Ciebie czy okazała się zbyt głęboką wodą?MW: - Ostatni sezon w Kii był moim najlepszym. Wynikało to z wielu czynników, o których niewiele osób wie. Z pewnością pierwszy rok był dla mnie totalną nowością. Nigdy nie byłam związana z żadym sportem samochodowym. Moja rodzina również nie miała z tym nic wspólnego. Nie mam rajdowych czy wyścigowych korzeni. Lubiłam jeździć i na rok przed rozpoczęciem pucharu pojawiłam się w rajdach amatorskich. Kolega zaproponował mi starty w KJS-ach (nie wiedziałam wówczas, co to jest), gdzie była klasyfikacja Pań, którą wygraliśmy. Od tamtej pory startowałem co tydzień. Dużo działo się wówczas w moim rodzinnym Radomiu, gdzie w każdą niedzielę mieliśmy do dyspozycji tor kartingowy. Oczywiście nie miałam wówczas rajdówki. Korzystałam z cywilnego Renault Megane, które miało 90 KM i usztywnione zawieszenie. Warto dodać też, że ówczesne KJS-y nie przypominały obecnych imprez dla amatorów, gdzie pojawiają się auta mocniejsze od tych w RSMP. Teraz ciężko znaleźć samochód bez klatki czy sportowego zawieszenia. Wsiąkłam w ten sport i po roku spędzonym w amatorkach chciałam spróbować sił w Pucharze PZM. Na radomskim rynku na topie był Mariusz Nowocień, którego zna spora część kibiców. Startował z sukcesami, w które byłam wpatrzona i chciałam iść w tym kierunku. Plan zakładał kupno rajdowego Seicento, ale mój Tata znalazł artykuł o pucharze Kia Picanto i zdecydowaliśmy, że pojawię się na torach. On bał się o mnie na odcinkach. By "przekupić" mnie zaproponował wsparcie finansowe. Rozsądek wziął górę.To była ogromna przygoda, ponieważ nie miałam zielonego pojęcia o wyścigach! Po podpisaniu umowy z organizatorami wróciłam do domu, by wygooglować w Internecie kiedy jest pierwszy wyścig, by zobaczyć na czym to polega. Okazało się, że jest on w kwietniu i że mam startować w nim. Idąc za ciosem wyrobiłam licencję, odebrałam samochód i pojechałam na pierwszą rundę, która odbywała się w Kielcach. Po pierwszym starcie byłam lekko oszołomiona. Dostałam straszny łomot i nie wiedziałam co jest nie tak. W popularkach szło mi całkiem nieźle i to za kierownicą seryjnego auta! To była ogromna porażka, zwłaszcza, że każdy w teorii dysponował takim samym samochodem, ale jak jest realnie chyba wie każdy. W tych wyścigówkach nawet pięć KM robi ogromną różnicę. Z powodu braku doświadczenia startowałam na nowych, dopiero założonych na koła, oponach, a w drugiej części sezonu nie było stać mnie na kolejne komplety. Pierwszy rok to była nauka i poznawanie tego świata.Drugi sezon był wykonany na limicie. Miałam bardzo ograniczony budżet. Zaczynając rywalizację myślałam wraz z Tatą, że wystarczy zatankować, założyć jakieś koła i uzyskiwać wyniki talentem. Szybko przekonaliśmy się, że talent wymaga zdecydowanie innego wsparcia i dopiero w trzecim sezonie poznałam chłopaków z Nowicki Auto Serwis: Darka i Arka, którzy zaczęli mi pomagać. To z Nimi Łukasz Błaszkowski wywalczył Mistrza Polski zarówno w pierwszym sezonie Picanto jak i Ceeda. Tak więc poważne zmagania rozpoczęliśmy dopiero od czwartego sezonu moich występów. Aczkolwiek nadal wyjazd na każdą rundę wiązał się z podróżą na kołach i to nie tylko do Poznania, ale także na niemiecki Hockenheim czy węgierski Hungaroring. Ponadto byłam jedyna w pracy, która przyjeżdżała do niej wyścigową Kią, a w czwartek popołudniu pakowałam koła z balkonu i jechałam ponad tysiąc kilometrów na zawody i drugie tyle z powrotem do domu. Gorzej było, gdy na torze straciłam szybę albo pogięłam karoserię i uszkodzonym autem wracałam do Polski (śmiech). To były rewelacyjne czasy i miło je wspominać.Z autem nie robiliśmy nic, co rozbawiło kiedyś komisarzy technicznych. Na jednym z BK rozebrano u mnie skrzynię biegów i silnik. Stwierdzono wówczas, że nigdy nie widzieli tak nieruszonej kijanki. Był nawet problem z wykręceniem śrub, które zastały się. W jeździe pomógł mi odpowiedni dobór opon i ciśnień kół oraz ustawienie zawieszenia. Dało mi to możliwość walki w czołowej dziesiątce, a nie jazdę w ogonie. W wyścigach i rajdach bardzo ważne są kilometry treningowe, a tych brakowało mi. Jedynie sesje treningowe podczas weekendów były moimi pokonanymi w sportowym tempie. W trzecim i czwartym sezonie startów pomogło mi również pojawienie się w kalendarzu nowych obiektów, na których niewielu mogło pozwolić sobie na treningi. Pierwsze dwa sezony to był głównie tor Poznań, na którym niektórzy kierowcy trenowali co tydzień. Moim dużym ograniczeniem było również to, że Tata wspierał mnie finansowo tylko w pierwszym sezonie. Kolejne trzy opłacałam sobie sama i cały czas z tyłu głowy miałam, że muszę tym autem wrócić do kraju, co wykluczało agresywną walkę. Rozbicie samochodu przekreślało także kolejne starty i w czwartym sezonie zdachowałam go. Uciekła masa punktów i zamiast cieszyć się z pierwszej piątki na koniec sezonu to musiałam zadowolić się ósmą lokatą. Taki jest ten sport.Podsumowując. Dla osoby, która nie miała zielonego pojęcia o wyścigach, nie znalazła osób z tego środowiska i szukała imprez w grudniu to było rzucenie się na głęboką wodę. Były to jednak super czasy. Ciężkie, ale rywalizacja z tak dużą ilością zawodników dawała niesamowitą frajdę. Moje starty nie wyglądały bardzo profesjonalnie, ale miałam z tego tak wielką radochę, że nie umiałam z tego zrezygnować i spędziłam w pucharze cztery lata. Bałam się też, że jeśli odpuszczę to ciężko będzie wrócić do rywalizacji. Miałam auto i wyścigi były dużo tańsze od rajdów.- Jak z Twojego punktu widzenia wygląda wizerunek polskiego motorsportu?MW: - Słabo... Mając możliwość zobaczenia w tym roku Mistrzostw Europy to widać, że u nas kuleje to. Wystarczy spojrzeć na Rajd Barum u naszych sąsiadów. To jest wielka feta. Pojawiają się na niej tysiące kibiców i ogromne środki przeznacza się na promocję. To jedno wielkie święto, gdzie kibice na oesach odhaczają zawodników, którzy przejechali. Jak jest u nas? Wszyscy dobrze wiemy. Tak naprawdę niewiele mówi się o tym sporcie w telewizji. Nawet o sukcesach Kajetana Kajetanowicza i Jarka Barana. Kiedyś Małyszowi udało się wypromować rajdy terenowe, ale obecnie sam ma problem ze znalezieniem środków na starty. Frekwencja w RSMP jest słaba i wydaje mi się, że będzie coraz gorzej. Mamy naprawdę szybkich kierowców, ale nie mówi się o nich.fot. Maciej Niechwiadowicz/Dominik Kalamus
Udostępnij lub zapisz ten artykuł
Najciekawsze komentarze
Subskrybuj i uzyskaj dostęp do Motorsport.com za pomocą blokera reklam.
Od Formuły 1 po MotoGP relacjonujemy prosto z padoku, ponieważ kochamy nasz sport, tak jak Ty. Aby móc nadal dostarczać nasze fachowe dziennikarstwo, nasza strona korzysta z reklam. Mimo to chcemy dać Ci możliwość korzystania z witryny wolnej od reklam i nadal używać ad-blockera.